Okej, więc zacznę od kilku słów wstępu. Otóż dnia 16 czerwca 2009 wybrałem się wraz z Wojtkiem Sz. do San Diego, stan California na 4 miesiące tego co się trafi. To chyba najlepsze określenie bo pojechaliśmy prawie, że totalnie 'na pałę' :) Do odważnych świat należy i z tym zdaniem w głowach wsiedliśmy do samolotu na ponad 20 godzinną podróż wpizdu na drugi koniec świata...
Zbierałem się, żeby to napisać od prawie miesiąca (bo tyle już trwa ta wizyta w krainie Kingsajzu) i teraz o godzinie 12.32 AM zaczynam opowieść z cyklu 'od pucybuta do . Ostrzegam przed brakiem chronologii a czasem i sensu w moich wypocinach :)
*oczywiście skończyłem to pisać 2 dni później, kacując się w łóżku;p
1. Paradise City
To najlepsze określenie pierwszego wrazenia San Diego. Z lotniska odebrali nas nasi kochani najemcy – Ania i Jimmy. Zabrali nas na nocna przejazdzke po downtown, centrum SD (łoo łaa, blyski neonow, palmy i wszystko). Tutaj troche o samym miescie.
Prostota. Wszystko, od układu ulic po otwarcie mleka, jest tutaj hmm logiczne. Jak nie wiesz jak cos zrobic, myslisz nad najbardziej intulicyjnym rozwiazaniem i po prostu to robisz. Tak wlasnie zrobiony jest układ miasta, jak plansza w statkach. Srodkiem biegnie glowna ulica – broadway, rownolegle do nie ulice nosza nazwe liter (A, B, C...), prostopadlo biegna ulice-numery(1st, 2nd avenue). Po paru godzinach w miescie jesteś w stanie bez problemu poruszac się i znajdywac co tylko chcesz.
SD jest wpizdu ogromne – odległości są naprawdę kosmiczne, przykładowo z naszego legowiska na plaże jest ponad 10 mil! Można to sobie obadać na googleearth:) Ścisłe centrum to downtown czyli dzielnica biurowców, sklepów i klubów oraz harbor drive czyli cała marina z portem i molem. Życie nocne kreci się na Gaslampie, czyli 5 i 6 avenue. Dalej są dzielnice plażowe: Ocean Beach czyli Ołbi (plaza jak na Bałtyku, tylko fale ogromne – generalnie królestwo serferow.) Pacific Beach czyli Pibi( bardziej rozrywkowa plażucha), Mission Beach(cos jak w slonecznym patrolu, laski w bikini na wrotkach), La hoya(takie beverly hills, że mucha nie siada). Dalej mamy dzielnice gejów, czyli hillcrest – masakra, gejowe knajpy, gejowe gazety no i gejowe geje:) Kosmicznie to wygląda. Wokoło jest mnóstwo dzielnic-miasteczek, każde zupełnie inne od siebie. Ja mieszkam w south park, niedaleko downtown:)
Ludzie. Wyczilowani, bezproblemowi, zajebiście uprzejmi(troche sztucznie nawet). Pierwszy szok przeżyłem w autobusie, gdzie kierowca nie skasował nas za przejazd(ot, tak), wysadził pomiędzy przystankami żeby było bliżej i wytłumaczył dokładnie gdzie mamy iść. Tak jest na każdym kroku. Gdy złapiesz kontakt wzrokowy z kimkolwiek, zamiast odwracania wzroku jest uśmiech i pytanie 'whats up'. Dziwne uczucie z poczatku;p
Deski. Skateboard jest tutaj normalnym środkiem transportu, cos jak u nas rower. Starzy, młodzi, meksyki i nigasy – wszyscy śmigają na deskach. Serferów też jest tu mnóstwo – deska jest jakby znakiem towarowym San Diego, znajdziesz ją w każdym praktycznie miejscu, reklamie czy czymkolwiek:)

2. Wszystko pięknie, ale za kolorowo nie może być...
...czyli praca, a raczej jej brak. Okazało się, że kryzys w Kaliforni nie jest przesadzony i naprawdę jest ciężko z jakąś robotą. Pierwsze dwa tygodnie spędziliśmy na obczajaniu craigslist(taki najpopularniejszy portal z ogłoszeniami o wszystkim – od oddam kota w dobre ręce po pracę) i chodzeniu od drzwi do drzwi po wszystkich dzielnicach SD. Słowa 'We are searching for a job' wypowiedziałem z tysiąc razy. Efekty były różne – zazwyczaj wypełnienie aplikacji na nieistniejące miejsce pracy, która szła do kupki miliona innych aplikacji. Czasem umówienie na rozmowę, gdzie okazywało się, że na to miejsce jest jeszcze 30 amerykanów (na takie prestiżowe pozycje jak praca na magazynie;p). Amerykański sen prysnął, dolarów na ulicy nima :)
Reklama na niebie (w oczekiwaniu aż coca cola zrobi reklamę na księżycu;p)
Koniec końców po milionie prób, jakoś daliśmy radę i coś znaleźliśmy. Wojtek zaczął pracę w housekeepingu ( Aniu, dziękujemy za pomoc), ja katering na weekendy i w tygodniu riksza.
To jest generalnie w skrócie historia nowych zdobywców ameryki;p Żeby nie było – wypiłem właśnie kawkę marki najtańsza-kawa-w-najtańszym-sklepie więc kontynuuję tę fascynującą historię ;)
Już ogarnięci, więc jak to wszystko wygląda.
Katering. Tę fuchę zdobyłem dzięki kontaktowi jeszcze z Polski, kiedy wysyłałem moje resume na prawo i lewo.
Apropo resume dygresja;p Jest to odpowiednik polskiego CV, tak jak milion rzeczy w stanach trochę inne niż w Europie. Amerykańce mają tak ze wszystkim: kilometry/mile, litry/galony,uncje, metry/stopy, itd. itepe. Łatwo się przestawić, ale i tak po co to komu to nie wiadomo.
Odezwałem się do Leo – szefa tego całego Crownpoint catering(www.crownpointcatering.com) i męczyłem go przez 2 tygodnie. Oczywiście, prace dostałem przypadkiem. Po którymś moim telefonie do niego, powiedział żebym przefaxował mu SSN(taki NIP) – ja wybrałem się tam osobiście i jak już wyszedłem z biura(„tak, tak – odezwę się do ciebie na dniach”) zatrzymał mnie i zapytał się czy mam jakieś doświadczenie w kuchni(„taak, rok przepracowany, wirtuoz kuchni i mistrz patelni jestem”). No to dostałem fuchę – na próbę, jeden dzień, czy sprawdzę się przy garach. Moje kuchenne doświadczenie ogranicza się do gotowania wody i smarowania krzywo ukrojonych kanapek, więc 2 dni spędziłem ucząc się z youtuba kroić, gotować i nazw warzyw:)
Udało się – całe gotowanie to tak naprawdę układanie na talerzu gotowych rzeczy – dostałem prestiżową pozycję 'line cook'a.
Generalnie obsługujemy 'summer pops' czyli koncerty filharmonii i solistów dla starych dziadków. Koncerty są całkiem zajebiste – jak to w ameryce, zawsze kończą się ogromnymi fajerwerami.

*właśnie wróciłem z pierwszej imprezy firmowej z kateringu – w domu pary gejów Omara i Steva(wbrew temu co może się wydawać, to nie było 'gejparty':D). Beerpong, bar z niewybrażalną ilością każdego rodzaju alkoholu i miliony piw:). Teraz przestałem się dziwić dlaczego amerykanie mają odwrotne zasady w beerpongu:P
Riksza.
Tutaj szykujcie się na dłuższą opowieść, bo społeczność rikszarzy jest bardzo skomplikowana:)
Żeby zostać kierowcą 'pedicaba' wystarczy wyrobić licencję za 100 $, więc 99% studentów na work&travel w san diego trafia tam prędzej czy później (jak wspominałem ciężko z robotą). Polega to na tym, że płacisz kolejną stówę za wypożyczenie pedicapa na tydzień i co zarobisz to Twoje. Proste. Wszystko skupia się wokół Gaslampu (kluby i imprezy) oraz Harboru (port, całe dnie turyści spacerują). Jest mnóstwo miejscówek, gdzie riksze czekają w kolejce na bogatych frajerów – hotele, popularne kluby, parkingi lub jakieś eventy. Można też po prostu jeździć i zaczepiać ludzi czy nie chcą się karnąć za 5 baksów:)
Społeczność rikszarzy dzieli się na cztery nacje:
Turków(tych to jest najwięcej, jeżdżą całe dnie, krzyczą do wszystkich przechodni „pedicap fif dolarz, bajk rajd!”, podróżują stadami i ciągle gadają przez komórkę)
Ruskie(w większości laski w mini, siedzą i czekają na napiwki od pijanych, zboczonych dziadów)
Amerykanów(prawdziwe dno. Weterani albo idioci po 2 latach podstawówki, a na dodatek rasiści. Kradną klientów i zachowują się jak królowie ulicy. Ostatnio nawet zrobili protest przeciwko obcokrajowcom na rikszach, że kradną synom Ameryki pracę:D Idioci nie skumali, że dzięki temu ludzie nie chcieli jeździć. Z drugiej strony mają 'wypimpowane' pedicapy, z neonami, audio jak w boomie i różne takie gadżety)
Polacy(Ja i 4 ziomków ze śląska. Jak widać znacząca mniejszość:))
Ja wypożyczam bajka u Danny'ego, prawdziwego króla pedicapów z brazylii, króry jeździł całe życie. Są jeszcze 3 inne magazyny.

Wbrew wszystkiemu robota jest nawet niezła – wszystko zależy od farta i od tego czy jest 'busy' czy 'slow'. Jak są jakieś eventy czy imprezy, kursów jest mnóstwo i jest nieźle. No i ludzie, których wożę – od superlasek wracających z imprezy, przez pijaną babkę z teksasu zastanawiającą się czy Stany mają wojnę z Polską, po Kanadyjczyków którzy chcą jeździć w kółko, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o Polsce:)
Królestwo pedicapów :)
Dzisiaj zaczyna się komikon – największy konwent fanów komiksów, czyli 200 tysięcy ludu przyjeżdża do SD. Wszyscy licza na to, że będzie naprawdę busy :)
J.simms,
czyli agencja reklamowa w której mam praktyki. Generalnie zajmuję się tam pierdołami, ale jest dużo możliwości, żeby się czegoś nauczyć. Dopiero na miejscu uświadomiłem sobie jakiego farta mam z moim wciąż niezbyt błyskotliwym angielskim, że wzięli mnie do tej roboty:P Zajmuję się generalnie rzucaniem pomysłów jak można rozpromować nowy sewis, który obsługują (www.cherple.com) i jak coś się spodoba to to robię. Czasem zabierają mnie na jakieś konferencje prasowe, czy eventy(ostatnio mistrzostwa stanów w robieniu zamków z piasku:)) i zapoznają z obsługą bieżącą mediów. Nawet niezła zabawa:)

Ufff to se popisałem. Jest jeszcze milion rzeczy o których chcę napisać, ale pewnie nikt z tych niewielu co dotarli do końca nie byłby w stanie brnąć dalej w opowieści;p CDN, pozdro 700 dla ekipy :)




