Cięzko mi się zabrać za opisanie co działo się przez ostatni miesiąc – po prostu nie wiem od czego zacząć.
Zdążyłem zostać profesjonalnym pedicab driverem i może się to wydać dziwne – nawet lubię tę fuchę. Najlepszym słowem na jej opisanie jest „śmiechowa fucha” cokolwiek by to miało znaczyć. Najlepiej to opiszę typowym dniem, kiedy wyruszam na łowy nadzianych turystów :)
Godzina 18-19, zjawiam się w bikeshopie na 14 i J. Spotykam Danny`iego, króla pedicabów. Danny jest z Brazylii, około 35 lat, po prostu stereotypowy brazylijczyk.”Yoo, wassup Petor” Wyczilowany, z zapasem piw w lodowce na co najmniej rok porzadnego chlania. Jest też najgorszym negocjatorem jakiego spotkałem – oficjalnie mam mu płacić 100 $ tygodniowo, ale sam w trakcie rozmowy coraz bardziej obniża cenę, bo twierdzi że jednak to za dużo jak na tak słaby tydzień.
Wsiadam na moją maszynę i wyruszam. Pierwszy krok to telefon do Magdy co słychać na mieście, jest busy czy slow. Magda, dziewczyna Danny`ego z Polski, jest moim sen-sei w sprawach rikszy, ona jeździ już ze 4 lata. Należy do plemienia koczowników-rikszarzy, którzy kursują między San Diego, Los Angeles a Miami (w zimie). Cyganie Ameryki, żyją z dnia na dzień nie przejmując się zbytnio jutrem :). Po chwili telefon do Maćka i spółki, czyli 4 polaków ze śląska, którzy zawsze jeżdżą po harborze (w porcie), później pora na Siergieja i już wiem mniej więcej co się dzieje na mieście :)
Okazuje się, że pod Hiltonem stoi z 15 bajków, czyli prawdopodobnie jakaś konwencja ma dzisiaj tam imprezę i wszyscy czekają na napiwki od nawalonych turystów. 15 to jednak za dużo jak na 3-4 godziny do końca imprezy, ruszam na Mariotta i Hyatta. 6-7 rowerów w kolejkach, nie pyli się stać. Pora na ostatni hotel w okolicy – Embassy. Tam nigdy nikt nie stoi, bo jest mniejszy, na zadupiu i raczej zawsze jest slow. Nikt poza mną i Siergiejem, rosjaninem z syberii którego poznałem ostatnio. Sierjoża jest profesjonalnym snowborderem, a kiedys i skateborderem. Także nasze stanie pod Embassy wyglada tak, ze ja probooje zrobic Olliego, a Siergiej odwala jakieś triki.
Udalo mi się złapać jazdę do Fish Marketu, restauracji na wysepce z (podobno) najlepszym morskim żarciem w SD. Niestety wcześniej zapytali się o cenę, więc średniawka. Prosto z Fish Marketu jadę na Harbor, spróbować złapać ostatki wracające z USS Midway (lotniskowiec-muzeum).
Tym razem para japończyków nie zapytała się o cenę więc lekko overchardżowałem :)
Jest około 22 więc zawijam na Gaslamp (2 ulice pełne klubów i restauracji). Pod Hard Rock Hotelem (naaajwiększe i naaajlepsze imprezy w mieście) spotykam Magdę, trochę się opierniczamy i narzekamy jak nam się nie chcę, jedna jazda przypadkowa i jade dalej. Telefon od Siergieja, że w sumie można zostawić rowery i pójść na chwilę do Whiskey Girl. Why not.
O 1.30 wychodzimy z WG i wracamy na riksze złapać last call`a (o 1.30 wszystkie kluby w kaliforni muszą być zamknięte, więc ulice są pełne ludzi).
Na tym koniec dnia rikszarza, o 2.30 jestem w domu, kimka.
Dosyć często mamy tu imprezki w bajk szopie, wszyscy siadają na przyczepach, Rick (muzin z Jamajki) puszcza reagee, Danny rozpala grila i się zaczyna. Turki, Brazylijczycy, Serbowie, Chorwaci i niewiadomo jakie nacje jeszcze imprezują wspólnie (pedicab connecting people). Tylko rusków brakuje, bo oni trzymają się zawsze ze sobą.
*a jeszcze muszę wspomnieć o moich zatargach z turasami. Przypadkiem się złożyło, że kilka razy ukradłem im jazdy(przynajmniej wg nich). Ciężko to wytłumaczyć, ale riksze rządzą się swoimi prawami, które są bardzo elastyczne. Generalnie parę razy stado turasów mnie otoczyło :)
Niestety, ostatnio zaczął się martwy sezon w San Diego – coraz mniej turystów i konwencji. Dlatego też kończę z rikszami od przyszłego tygodnia (zresztą jak przeczytacie za chwilę, pora wyruszyć w trasę).
Niedzielna zamółka pod Embassy Hotel. W tle Hyatt grand hotel.
Milionowa kolejka przed Hiltonem.
Jak wspominałem w poprzednim poście, na weekendy lecę na katering na summer popsach. Sczerze mówiąc to tych meksykanów bardzo lubię z całej różnorodności ludzi w San Diego. Pepe, grill-master, zaczął przynosić Ajpoda z głośnikami i do roboty słuchamy jego ulubionej Pantery (nasza kuchnia dostała oficjalną nazwę – Satan`s Kitchen). Z tymi ziomkami to nigdy się nie nudzę. Najśmieszniejsze jest jak próbują mówić po polsku – ambicje wielkie ale z wykonaniem gorzej :) Chociaż starą dobrą kur** akcentują perfekcyjnie (i wciąż są pewni, że jest to odpowiednik 'awesome')Po namyśle, stwierdziłem, że nie trzymając się wcześniej chronologii nie mam pojęcia o czym i jak pisać – trudno skomponować coś sensownego;p Ale później wpadł pomysł niecodzienny do głowy: opiszę ludzi, których poznałem tutaj i w jakiś sposób na mnie wpłynęli. Jak skończę, to zobaczę czy jeszcze o czymś wspomnieć :P
Satan`s Kitchen crew, czyli Crownpoint Catering
Pepe. Grill-master, meksykanin z 14 rodzeństwa. 6 w stanach, 8 ciągle w meksyku. Do stanów dostał się płacąc przemytnikom 3000$ (praktycznie niemożliwe jest dostać paszport w Meksyku), przeszedł przez granicę i został. Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie 'cichego Boba', ale tak naprawdę niezły z niego trefniś. Za każdym razem jak Tigan-Kigan, nasz szef, coś od niego chce, odpowiadał uprzejmym Asshol-lutely (zamiast absolutely). Ot, taki meksykański żarcik, mnóstwo ich. Z nim zawsze siedzimy i ekhm 'jemy swoje burgery'(czytaj dłubiemy w nosi, czyli nie robimy nic) słuchając Pantery.
Diego. Łogromny, szeroki i wysoki, wychowany w Alabamie pół-krwi meksykanin. Coś jakby szef naszej kuchni, zarządca. Często zdarzają mu się drobne omyłki, typu wyrzucenie do kosza dobrej lazanii zamiast tej z wczoraj. Jest łącznikiem między kuchnią a kelnerami (czytaj, zabiera od nich szampan dla nas). Wyjaśnienie – w naszej kuchni istnieje duża różnica między 'some coffe' a 'regular coffe'. Jak poprosisz kelnerów o pierwsze, dostaniesz jakiś losowy alkohol w kubku od kawy :)
Anna. Meksykanka jak z filmu – cięzko się z nią dogadać bo jednoczesnie używa hiszpanskiego i angielskiego, na dodatek z prędkością światła. Traktuje mnie jak małego niedorozwiniętego synka – trochę to słodkie, ale bez przesady. Tzn. tłumaczy mi wszystko jak 3-latkowi, zachwyca się egzotyczną Polską i próbuje przekonać, żebym zamieszkał u niej i co tydzień zaprasza na obiadek domowy, bo taki biedny w tej całej ameryce siedzę :)
Cristine. Amerykanka, dwa lata starsza ode mnie, skończyła szkołę kulinarną i po tym jak zwolnili ją z restauracji (slow) musi pracować zdecydowanie poniżej jej ambicji w kateringu. Generalnie jest 'cichym bobem' i za bardzo nie mam o niej co pisać.
Thomas. Brat Pepe, do Ameryki dostał się w ten sam sposób. Kolejny prześmiewca, ciągle kłócimy się które piwo jest lepsze – Korona czy Żywiec. Dwa tygodnie temu postawił specjalny znak 'bike line' z miejscem parkingowym dla mnie, bo zawsze mój rower samochody zastawiają :)
W ostatnią sobotę pożegnałem się z nimi wszystkimi, bo to już koniec pracy przy summer popsach. Trochę się wzruszyłem (Anna ciągle mi powtarzała, że jak o nich zapomnę to przyjedzie do Polski i mi natłucze;p), wymieniliśmy się mejlami i facebookami. Thomas wymusił na mnie, żebym zadzwonił do niego jak będę mieć wolny dzień i razem z Pepe weźmiemy auto, żeby, cytuję, 'just fuck around san diego' :). Tak naprawdę, zobaczę ich jeszcze wszystkich, bo w środę jest impreza pożegnalna summer pops.
*czwartek rano, kac straszny ale impreza przednia – turniej beerponga na 4 stoły :)
Od lewej:Thomas, ja, Anna, Pepe i spoko typ którego imienia nie pamiętam
Pepe testuje szamke
...bo zupa była za słona
W j.simmsie dalej jest ciekawie. Profesjonalnie rzecz biorąc, uczę się robić pijar :). Ci amerykanie to naprawdę potrafią się sprzedać (w pozytywnym sensie), amerykańską milę przed nami stoją. Najbardziej mi się spodobało, jak każdy każdemu wszystko ułatwia, ekhm 'dopasowuje się do każdych potrzeb potencjalnego klienta'. Nawet i parę swoich własnych rzeczy udało mi się zrealizować :)Z newsów – Vivian odeszła z firmy (zaproponowali jej staż za 10$/hr, co jej się za badzo nie spodobało i heja poleciała do Kentucky). Nowa praktykantka to Crystal, raczej 'cichy bob'.
Jutro mam ostatni dzień praktyk, zabiorę jak najwięcej pamiątek, ulotek, ofert jak się tylko da i nara :) Później tylko pożegnalna kolacja na początku października. Utrzymywać z nimi kontakt będę, liczę, że zaproponują mi jakąś on-line robótke małą.
Tutaj spedzam przerwy na lunch, biuro jest zaraz naprzeciw stadionu.
Jak wspominałem, w San Diego skateboarding i surfboarding jest popularny jak u nas rower. Toż musiałem spróbować :) Najpierwsz przyszedł czas na surfboarda, znalezionego za 50$ na craigsliście. Przyznam, że mimo miesiąca od zakupu, wciąż nie wymiatam – czasem stanę na tej fali ale długo to raczej nie postoję;p Mimo to, zabawa jest mega, ciężko opisać wrażenie jak uda Ci się złapać falę i nagle ruszasz do przodu. Minusem jest brak auta i poruszanie się z ponad dwumetrową dechą autobusami i kolejką. Pewnie dlatego też jestem jakby atrakcją, ciężko spotkać serfera w autobusie(wystarczy nie mieć muzyki na uszach, żeby ludzie zaczynali z tobą small-talka. Gdy masz deskę, to każdy ma coś do powiedzenia – od 'uważaj na rekiny' po '...a mój kumpel to jest mega-super-hiper serferem', czy 'calibanga!';p)
Drugim krokiem calibangi był skateboard – Wojtek pierwszy go kupił. Jak tylko zaczął coś próbować przed mieszkankiem, wyszedł Jimmy (o jaa, nie jeździłem z 10 lat, muszę sobie deskę sprawic) i Ron (nasz sąsiad, okazało się że profesjonalny skateboardzista – normalnie z tego żyje i zarabia(!) ). No to stwierdziłem, że co ja będę, też se kupię. Pierwszy lepszy skelp na ocean beach, pytanie o używane deski – sprzedawca (ok. 25 lat california skejter) wyjmuje zniszczonego decka, potem kółka. Patrzy na nie, patrzy na mnie (rookie) i mówi, że w sumie mogę to wziąć za darmo:) Tylko łożyska dokupiłem i najtańsza deska świata była w moich rękach. Teraz to bierzemy dechy ze sobą wszędzie – po kalifornijskich ulicach to najlepszy środek transportu. Siergiej, który okazał się całkiem niezłym wymiataczem, próbuje mnie nauczyć czegoś. Przyznam, opornym studentem jestem.
Jeśli to wciąż czytasz – gratulacje, wytrwałeś 3 strony moich wypocin.
Królik doświadczalny.
Zrezygnowałem jednak z badań antydepresantów. 50 baksów za jedno spotkanie tygodniowo+niezidentyfikowane tabsy=nie pyli się. Za to na badanie snu zaspałem :) Wytłumaczę się oczywiście. Przed badaniem, miałem nie spać 24h, z jedną 1.5 godzinną dżemką między 3:00 a 4:30. Kimkę uciąłem, budzik mnie nie obudził. Na szczęście pozwolili mi przyjść w terminie późniejszym i jestem po pierszej 'sleep deprivation session'.
Przybyłem do placówki badawczej o 8.00 (jest to w carlsbadzie pod san diego, dlatego musiałem coasterem[pociągiem wzdłuż wybrzeża] dojechać. Widoki przepiękne). Założyli mi na głowę hełm badający fale mózgowe(oczywiście na bluetootha) i przez 24 następne godziny zostałem królikiem doświadczalnym. Godzina idiotycznych straaasznie nudnych testów typu 'nacisnij klawisz gdy zobaczysz trojkat', 1.5h przerwy w trakcie których oglądnąłem w sumie cały 4 sezen buffy the vampire slayer. Następna sesja 30 września.
Cali banda.
No więc tak. Dzięki kontaktowi do Ani K., mieszkanki San Diego(dziękówa, M.), zamieszkaliśmy u niej my. Cała ta regionalna ekipa z którą przebywamy to Ania, Jimmi, Paulina i Alix. 2 amerykanów z polskimi żonami. Trochę razem imprezujemy, czasem gdzieś się wybierzemy :) Gdyby nie oni, byłoby mega cięzko, bez auta jest masakrycznie ciężko gdziekolwiek się dostać. Napisałbym coś więcej, ale czas goni nas, pora się szykować do ...
Enjoying Xbox ;) (2 dni po tym zdjęciu Jimmy kupił nowe audio, tv i ps3;p)
… Road Trip`u.
Alix i Paulina lecą do Polski na parę tygodni i na ten czas pożyczają nam samochód (dzię-ku-je-my) :) W czwartek więc ruszamy na podbój kalifornii i okolic, plan jest ciągle w trakcie tworzenia :) Pozdro 700, dam znać jak wrócimy zapewne, maksymalnie 27 ( jeśli $$$ starczy;p) !
Dopisek.
Właśnie się pakujemy do drogi, dzisiaj w nocy wyruszamy, żeby na rano zawitać do Yumy (tej z filmu 3:10 to yuma). Einstein kiedyś powiedział „70% to dobry plan”. Oczywiście go nie posłuchaliśmy i plan podróży zaczynamy robić właśnie teraz, słuchając 'road trippin' red hotów :) O właśnie, trzeba nagrać płyty z muzyką. Kończę bo coraz więcej tych rzeczy wyskakuje !
Alix i Paulina lecą do Polski na parę tygodni i na ten czas pożyczają nam samochód (dzię-ku-je-my) :) W czwartek więc ruszamy na podbój kalifornii i okolic, plan jest ciągle w trakcie tworzenia :) Pozdro 700, dam znać jak wrócimy zapewne, maksymalnie 27 ( jeśli $$$ starczy;p) !
Dopisek.
Właśnie się pakujemy do drogi, dzisiaj w nocy wyruszamy, żeby na rano zawitać do Yumy (tej z filmu 3:10 to yuma). Einstein kiedyś powiedział „70% to dobry plan”. Oczywiście go nie posłuchaliśmy i plan podróży zaczynamy robić właśnie teraz, słuchając 'road trippin' red hotów :) O właśnie, trzeba nagrać płyty z muzyką. Kończę bo coraz więcej tych rzeczy wyskakuje !